20 sierpnia 2014

kryzys lądowania

Kryzys. Podreptałam po pracy biegać.. Już po pierwszych stu metrach wiedziałam, że nie będzie miło i przyjemnie... Siłą woli biegłam (przeginam, bo sporo dziś przechodziłam..). Nie potrafię zapanować nad normalnym, stabilnym lądowaniem.. Zbytnio się spinam, co w efekcie daje mi ból ścięgien (?) na piszczelach... :(

W czasie: 38m:44s przebiegłam 4,8 km. Średnia prędkość 7,4 km/h; średnie tempo 8:04 min/km.

Tylko w jednym momencie dostałam przyspieszenia, pod koniec treningu, kiedy na horyzoncie zobaczyłam BIEGACZA ;-) Młody chłopak biegł w moją stronę - tak, on biegł, a ja ledwie truchtałam.. Pomyślałam: weź się w garść babo, wystroiłaś się w nowe gaciorki do biegania, masz sexi skarpetki i tak kulejesz... ;-)

No to dostałam przyspieszenia, skoczności, zryw niesamowity! Minęliśmy się z pozdrowieniem - poczułam się jak w górach na szlaku, gdzie wędrowcy prawdziwi zawsze się przywitają - i tyle... Po iluś set metrach oklapłam ponownie. Uśmiałam się, że jak z mężem biegam to nie mam takich przyspieszeń ;-)

Tak myślę, że dobrze byłoby nagrać kawałek mojego biegania i pokazać to komuś, kto biega na poważnie dużo dłużej. Doradziłby mi co trzeba poprawić, wytknąłby co robię nie tak... No ale póki co nie mam pod ręką nikogo takiego.. Znajdę! :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz